Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kulinarne trzy po trzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kulinarne trzy po trzy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 czerwca 2017

Sałatka owocowa z czekoladowym makaronem

Nie ma to jak #lubelloveinspiracje, #lubella i #lubellamini :)


Bardzo trafnie się złożyło, że akurat odwiedziła mnie koleżanka z dziecięciem w wieku małoletnim. Berbeć ciągle w pojedynczej liczbie lat się plasował, ale już był dawno poza wiekiem niemowlęcym. Akurat idealnie wpasował się w moje zapotrzebowania obiadowe. Albowiem do przygotowania popołudniowego posiłku go właśnie wykorzystałam :)

Już słyszę okrzyki oburzenia przeciw przymuszaniu niepełnoletniego do pracy. Ale czasami zapewnienie smarkatemu odpowiednio pracochłonnego zajęcia, to jedyny sposób na spokojne poplotkowanie z dawno niewidzianą koleżanką.


Tak więc obiad w tym dniu wyglądał następująco:
  • Złapać w objęcia młodocianego chłopięcia, buszującego galopem po mieszkaniu (o żesz!);
  • Nadepnąć mu metaforycznie na honor i wyrazić głębokie niedowierzanie, że w kuchni na co dzień matce asystuje;
  • Łaskawie przyjąć gorliwą chęć pomocy;
  • Wysłać młodzieńca do łazienki w celu dokładnego umycia rąk; 
  • Sprawdzić efekty ablucji - ręce nadal brudne, jakby węgiel nimi przekopywał!
  • Pogonić pacholęcie z powrotem do łazienki, tym razem z osobistą asystą rodzicielki;
  • Wyjąć z lodówki wcześniej przygotowane komponenty planowanego obiadu;
  • Oszołomić młodzieńca wyborem składników i odważnie złożyć menu w jego ręce - znaczy niech wybiera co chce, byle z tego makaron z owocami wyszedł!
  • Postawić młodego na podeście przy stole nad pokaźną miską przeznaczoną do mieszania składników;
  • Wyklarować dziecinie metodę przygotowywania obiadu; O metodzie "garściowej" tu  mówię oczywiście - znaczy co pędrak w garść złapie, to do miski ma wrzucić;
  • Za pomocą smarkatego młodzieńca zaplanować menu obiadowe - znaczy na co chłopaczysko ma ochotę, z tego będzie składał się posiłek i basta!
  • Pozostawić młodego na dłuższy czas w produktywnej zadumie nad detalicznym składem posiłku - akurat kawkę z koleżanką udało nam się przez ten czas wypić;
  • Odwrócić na chwilę wzrok, spojrzeć ponownie, znaleźć miskę pełną makaronowo-owocowej dobroci;
  • Rozdzielić posiłek na porcje i uzyskać kolejną chwilę spokoju, kiedy to młody z satysfakcją delektował się własnoręcznie przygotowanym obiadem;
  • Pożegnać napuszonego z dumy urwisa oraz przyjemnie zrelaksowaną koleżankę i już myśleć nad menu na kolejną ich wizytę :)
Na detaliczny przegląd użytych składników oraz dogłębny wgląd w metodę przygotowywania posiłku, zapraszam poniżej.


wtorek, 20 czerwca 2017

Cannelloni mięsne z brokułem i groszkiem

Nieśmiały groszek króluje w cannelloni :)
 

Dryń. Dryyyń! Drrrrrryyyyyyńńńńń! Dryń, dryń, dryń, dryyyyyyyyyyyyyyń!!!Przeraźliwy dźwięk wrzeszczącego telefonu wyrwał mnie nieprzyjemnie z objęć Morfeusza. 

- Czego!!!?... - wdzięcznie powitałam rozmówcę.

- A co ty jeszcze śpisz? - dziwi się rozbrajająco Pan Mąż.

- Spałam... W końcu resztki urlopu jeszcze mam. Kto mi zabroni spać do 11? - mój głos nabrał delikatnie krwiożerczego tonu.

- Nooooo ten tego... - zawahał się małżonek. - No bo dzwonię, żeby się upewnić, że pamiętasz! - po chwili roztropnie zmienił temat.

- ... - myśli rozbiegły mi się w głowie niby hasające zające po łące - No pewnie, że pamiętam! - symuluję, wewnętrznie panikując: O czym? [orzeszku...] O czym??? Urodziny? Rocznica? Teścia wizyta???

- To dobrze - ucieszył się radośnie Pan Mąż. - Bo już tak dawno nie było go u nas - pożaliła się moja druga połówka.
 
Czyżby jednak teść [orzeszku!!!]??? - oficjalnie weszłam w stan podwyższonej paniki. Mieszkanie nieodkurzone, pranie odłogiem w koszu leży, gary w zlewie leżą, ja w nieposłanym łóżku też leżę do towarzystwa. Ratunku!!!

- A tak w ogóle to dzwonię, żeby zapytać czy chcesz żebym kupił wino po drodze z pracy - Pan Mąż w końcu przeszedł do konkretów.

Wino? Po kiego grzyba teściowi wino potrzebne??? Przecież z trunków preferuje piwo... - wewnętrznie debatuję.

- No bo do tego Twojego cannelloni to bym z chęcią toast wzniósł lampką czerwonego - dyplomatycznie chwali moje kulinarne wyczyny wiecznie głodny Pan Mąż.

Aaaaaahhhhh... Uffffff... Z ulgą doznałam oświecenia pamięciowego. Nie o wizytę teścia jednak małżonkowi chodziło, tylko o posiłek obiadowy w godzinach popołudniowych. Cannelloni się zobowiązałam w dniu poprzednim zrobić, po licznych mężowskich perswazjach, zachętach, podszeptach i namowach.

Nie to, że wzbraniam się przed Pana Męża karmieniem, ale moje popisowe cannelloni do najszybszych w przygotowaniu nie należy. Trzeba farsz pokroić i wyrobić, rury makaronu spreparować i nadziać, sos ugotować, odpowiedni czas przy piekarniku wyczekać dla zapieczenia całości. Pracochłonność w pigułce! A współczesna kobieta pracująca na skomplikowane potrawy zwykle alergię miewa - to fakt niezaprzeczalny.

No ale słowo się rzekło. Pan Mąż obiecanego posiłku nie odpuści, no to Pani Żona zrobić musi.

Naprędce żegnam się z rozmarzonym myśleniem o obiedzie małżonkiem i pędzę lecę do kuchni w poszukiwaniu składników. Mięso mielone jest! - z przepaści zamrażarki wyciągam skuty lodem kawał nieokreślonego kształtu. Brokuł obecny! - lodówka wypluła z siebie całą głowę zielonego warzywa. Makaron odnaleziony! - przepaście szafek kuchennych oddały rurkowaty skarb w moje ręce. Czego mi tu jeszcze brakuje... Hmmm... A groszek? Gdzie jest groszek???

Kto wziął groszek [orzeszku!!!]??? - zaczynam w panice rzucać kalumnie na pozostałych członków domowego ogniska [czytaj: kogo?co? - Pana Męża]. Ah... Jest i groszek. Schował się za kukurydzą. Nieśmiały jakiś. A przecież on nasz rodzimy, z Polskich Kujaw pochodzący, tupetu nie powinno mu brakować, żeby z powodzeniem konkurować z kukurydzą pochodzącą z ciepłych Węgier. W końcu w najlepszej dla niego strefie klimatycznej uprawiany jest!

Szast prast i po kilku godzinach wytężonej, ale owocnej harówki w kuchni, dochodzi do siebie w piekarniku cannelloni mięsne z brokułem i groszkiem po beszamelem. 

Zmęczona, spocona, zmechrana [klimatyzacja w mojej mikroskopijnej kuchni letnią porą jakoś tak szwankuje...], ale szczęśliwa uczynionym obiadem, czekam niecierpliwie aż Pan Mąż wkroczy po pracy w progi mieszkania. 

I tak całkiem mimochodem, zupełnie niechcący, całkiem przypadkiem i w ogóle bez głębszego znaczenia [sarkazmem ociekam], ostrzę sobie akurat podręczny tasak kuchenny na osełce. Wystarczająco ostry? Nieeee, jeszcze mu brakuje... 

Nagle zgrzyt klucza w zamku i Pan Mąż z impetem i pieśnią na ustach wkracza w domowe pielesze. Jakoś jednak go tak nagle wryło w drzwiach do kuchni. Tasak wdzięcznie błyska w słońcu i moich rękach. 

- To o której do mnie dziś dzwoniłeś? - pytam delikatnie.

- ... Za wcześnie?... - ostrożnie wypowiada się Pan Mąż.

- Jutro mój ostatni dzień urlopu - oznajmiam nieśpiesznie. - To o której do mnie wtedy zadzwonisz? - kontynuuję temat ewentualnej porannej pobudki, polerując z pietyzmem naostrzony tasak przy pomocy ściereczki kuchennej.

- ... W ogóle?... - jeszcze ostrożniej odpowiada Pan Mąż.

Trach!!! Tasak ląduje wbity w drewnianą deskę kuchenną niemalże do połowy.

- Słuszne podejście - chwalę łaskawie roztropnego małżonka. - Ale co my tu o krwawych jatkach dywagować będziemy, obiad gotowy, weź sztućce, ja zaniosę cannelloni na stół - rozporządzam zdecydowanie. W końcu owoc mojej kuchennej udręki najlepiej spożywać na ciepło. 

Cannelloni mięsne z brokułem i groszkiem [nieśmiałym takim] jak zwykle zrobiło furorę w porze obiadu :)


piątek, 19 sierpnia 2016

Wątróbka z cebulką, czyli obiad wykonany telefonem, siłą woli i Panem Mężem

Gotowanie przy pomocy Pana Męża, narzędzia tortur-telefonu i ogromnej siły damskiej woli :)


Sposobów na błyskawiczny obiad jest wiele. Każda szanująca się gospodyni domowa ma swoje, wypracowane patenty na posiłek wymagający iście ekspresowego przygotowania. Nie chwaląc się, sprawdzony patent posiadam i ja! :D Niestety nie jest wskazane wykorzystywanie go nazbyt regularnie, gdyż traci pod wpływem repety swoją moc sprawczą. Nic to! Choć wdrażany sporadycznie, patent nadal działa wyśmienicie! :D

Aby uczynić błyskawiczny obiad w Błyskawiczny Piątek potrzebne są:
  1. Pan Mąż - leżakujący akurat na kanapie w domu, w ramach dnia wolnego od pracy
  2. Telefon - narzędzie tortur niezbędne do życia każdej kobiety, preferującej rozgrywki małżeńskie zdalaczynne
  3. Siła woli - proporcjonalnie większa od lenia patentowanego Pana Męża

https://www.facebook.com/groups/228081887572455/?fref=ts

Krok 1: Wykorzystując przerwę na kawę w pracy, użyć narzędzia tortur w postaci telefonu oraz stanu umysłu podrasowanego skupioną do potęgi siłą woli i wpłynąć na Pana Męża, aby opuścił okupowaną od poranka kanapę i widoki telewizyjne.

Krok 2: Posługując się wspomnianym ekwipunkiem i taktyką szantażu małżeńskiego o dowolnej tematyce (byle skutecznej!), zmusić Pana Męża do wyprawy na łowy do pobliskiego sklepiku osiedlowego. Wymagana zdobycz to: wątróbka drobiowa, siatka cebuli, fasolka szparagowa, mały worek ziemniaków.

Krok 3: Stosując wymienione wyżej instrumenty perswazji, zapodać Panu Mężowi bojowe zadanie spreparowania składników obiadowych:
  • obranie, umycie, odstawienie w garnku z wodą przygotowanych do gotowania - ziemniaków
  • umycie, oczyszczenie z końcówek, pokrojenie, odłożenie na durszlak w gotowości na upitraszenie - fasolki szparagowej
  • obranie, pokrojenie w piórka, przełożenie do szczelnego pojemnika, aby nie szczypała w oczy - cebuli
  • umycie, osuszenie, odłożenie na sitku w oczekiwaniu na smażenie - wątróbki
Krok 4: Zapodać telefonicznie Panu Mężowi wylewną słowną pochwałę i bałwochwalcze dzięki (być przygotowaną na osobiste i bezpośrednie wdrożenie po powrocie do domu preferowanej przez Pana Męża metody gratyfikacji).

Krok 5: Powrócić na domowe pielesze po ciężkim dniu pracy. Powtórzyć pochwałę słowną w kierunku Pana Męża tym razem z zastosowaniem efektów wizualnych i namacalnych.

Krok 6: Wejść do kuchni. Zastać bajzel kompletny (Stajnia Augiasza przy tym to szczyt uporządkowania!). Zignorować kupę garów do zmywania, śmieci panoszące się wokół kosza, wodę rozlaną wokoło zlewu i wyszczerbioną, ulubioną miskę.

Krok 7: Ustawić pod ręką przygotowane przez Pana Męża półskładniki. Odpalić kuchenkę, pożonglować garami oraz patelnią, użyć ociupiny osobistej magii kulinarnej (w końcu każda szanująca się gospodyni domowa to trochę czarownica jest! - bynajmniej wedle słów Pana Męża). Mieć po 20 minutach gotowy smaczny i treściwy błyskawiczny obiad!



niedziela, 14 sierpnia 2016

Placuszki z twarogiem i jagodami

Nie wyobrażam sobie sezonu jagodowego bez placuszków z jagodami!


Leniwy, letni poranek. Słoneczko dogrzewa. Obciążona siatami w rękach, wracam z szybkich zakupów na osiedlowym bazarku. Wyłaniam się sprintem zza zakrętu, truchtając prężnie w kierunku własnego bloku. Nagle koło osiedlowego sklepiku zauważam JEGO! 

Drobniutki i chudziutki, wydawałoby się, że byle wiaterek zdmuchnie go z chodnika. Siwiutki, stoi lekko przygarbiony nad wielkimi wiadrami pełnymi smakowitości. Ich zawartość własnoręcznie i pieczołowicie przez NIEGO zbierana w okolicznym lesie. 

JAGODOWY DZIADEK, bo to o nim mowa, znowu zawitał w moje osiedlowe progi! Fioletowe kuleczki troskliwie odmierza litrowym słojem licznym amatorom jagodowych wrażeń. Co i rusz się filuternie uśmiechnie kącikiem ust do babci skuszonej do zakupów. Cichutkim głosikiem o 10 złotych poprosi. Czasem zainteresowanemu młodzieńcowi kilka technik zbieractwa szeptem zdradzi. Zawsze miły, uprzejmy do bólu i nadzwyczajnie spokojny. 

Nie jestem nigdy w stanie przejść obok NIEGO bez postoju na litr "najświeższych jagódek" - jak to  czarująco DZIADEK zachwala. Z zakupem odchodzę w sielankowym nastroju, mimo że chudsza o 10 złotych, kompletnie rozbrojona urokiem JAGODOWEGO STARUSZKA. 

Jakoś zawsze te JEGO  jagody z większym smakiem podjadam, niż ich odpowiednik z osiedlowego bazarku. Gdy widzę pierwsze fioletowe kuleczki dostępne w sklepikach w danym sezonie, zawsze pierwszą myślą wybiegam w kierunku DZIADKA, zastanawiając się czy już wkrótce znowu się z plonami swojego zbieractwa pojawi.

Ostatnimi laty UROCZEGO STARUSZKA nie widać... JAGODOWY DZIADEK nie przycupnął na skraju chodnika z wiaderkami fioletowych kuleczek już od dawna... Jagody jakoś nie smakują już tak samo... Gdzie się podział? Chyba wole nie znać odpowiedzi... Bo nie wyobrażam sobie, aby już nigdy "najświeższych jagódek" od JAGODOWEGO DZIADKA nie kupić...

wtorek, 7 czerwca 2016

Ciasteczko pocieszenia dla podłego blogera kulinarnego

Bloger kulinarny - osobnik gorszego sortu i podlejszego gatunku...


Dziś trochę wynurzeń będzie. Nadal w tematyce kulinarnej, ale z domieszką spostrzeżeń osobistych. Temat ciągle mnie "gryzie", mimo iż kilka dni już minęło od samego wydarzenia. Być może podzielenie się nim na szerszych łamach pomoże mi uporać się z kwestią szybciej.

Ostatnio ja - bloger kulinarny - poczułam się jako osoba gorszego sortu i podlejszego gatunku. Moje wychuchane, hołubione i z pieczołowitością tworzone przepisy, potraktowano jako odrażający spam. Tylko i wyłącznie dlatego, że ośmielam się "raczyć" nimi kulinarną społeczność za pomocą bloga.

Wszystko zaczęło się od dodania do fejsbukowej grupy kulinarnej - w której byłam zrzeszona i zaaprobowana jako członek od dobrych kilku tygodni - kolejnego mojego przepisu, na kolejny mój eksces kulinarny. Zdjęcie - załadowane! Składniki i opis przygotowania - dodane! Link do przepisu z bloga - jest, tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś chciał podejrzeć więcej fotek i dokładniejszą relację z kucharzenia. Gotowe! 

Od miesiąca właśnie w taki dokładnie sposób w grupie się regularnie udzielałam, oczywiście oprócz pieczołowitego komentowania i "lajkowania" innych współtwórców. Nagle okazało się że tak nie wolno, bo mój link - zaznaczam, że stanowiący tu jedynie dodatek do zdjęcia i treści całego przepisu - jest bezczelną i obrazoburczą reklamą, a ja przez to jestem "be" i w ogóle jak śmiem w ten sposób pobratymców w grupie bulwersować. Bo te linki to przecież zło diabelskie, wstrętny spam, a ja najwyraźniej bezczelnie zmuszam czytających do klikania weń. No dobrze, wyolbrzymiam tu zdeczko, przyznaję... 

Zostałam grzecznie poproszona o usunięcie linka. Faktycznie powinnam to zrobić bez zbędnego gadania i jakiejkolwiek polemiki. Założyciele grupy takie przyjęli zasady: kompletny brak reklamy - takie ich prawo, a mój obowiązek się dostosować. 

Dociekliwa jednak jestem z natury i chciałam się dopytać o sens i głębsze dno takiego założenia. Wcielając się w rolę adwokata diabła, jestem w stanie zrozumieć zniesmaczenie założycieli, gdy grupa zalewana jest postami w postaci samych linków, w które trzeba wejść, jeśli przepis chce się w ogóle podejrzeć. Człowiek z natury leniwy i konformistyczny jest, chce mieć wszystko podane na tacy, podążenie śladem linka to już nadmierny wysiłek. Jak wspomniałam - jestem w stanie taką postawę zrozumieć.

Ale nie rozumiem zakazu linkowania, który dotyczy również postów zawierających wszystko co trzeba: obcykany na zdjęciach efekt kucharzenia i dokładny opis procedury przygotowania, gdzie link jest tylko mało znaczącym dodatkiem dla bardziej dociekliwych. Znaczy nie mogę własnej potrawy w ogóle sygnować swoim nazwiskiem? Bo właśnie takim symbolicznym nazwiskiem jest według mnie podlinkowanie do troskliwie pielęgnowanego i ukochanego dziecka swojej pasji - własnego bloga kulinarnego! 

Założyciele grupy promując taką postawę, praktycznie wysyłają w głębiny sieci sygnał, że blogerów nie trawią i nie chcą mieć z nimi nic wspólnego. Cóż... W zasadzie to też ich prawo... Ale nie można było od razu w regulaminie napisać prosto z mostu: Blogerów nie przyjmujemy! A nie dyscyplinować kogoś po kilku tygodniach współtworzenia grupy, zaciskania grupowych więzi i entuzjastycznym współdzieleniu się swoimi kulinarnymi ekscesami. Gorycz z obcesowego potraktowania jest wtedy nieuchronna.

Już pomijam w ogóle kwestię, że osobiście trochę inaczej rozumiem wyrażenie: "nie reklamujemy blogów"... Ale może to tylko moje widzimisię...  Administratorom grupy nie przeszkadzało zdjęcie z widocznym logiem, ani umieszczenie w przepisie notki skąd on pochodzi - "błe" był tylko link do bloga... Gdzie tu sens, a gdzie logika?

Reasumując, przedstawiona powyżej kwestia jest mocno infantylna - wiem, wiem... Problem w ogóle nie zasługuje na miano problemu. Administracja - tu akurat grupy kulinarnej - ma zawsze rację i prawo do dyscyplinowania wyłamujących się z trendu członków. Logicznie patrząc - po co robić szum?

Natura ludzka jednak nie z samej logiki się składa. Gdzieś tam bulgoczą również odczucia rozgoryczenia, rozżalenia i zdeprymowania. Tyle się mówi o równouprawnieniu, wolności poglądów i równości wobec innych. Chyba za szybko uwierzyłam w te szlachetne wartości.

Stan rzeczy taki, że jako bloger kulinarny poczułam się potraktowana jako osoba gorszego sortu i podlejszego gatunku. Czy to faktycznie dyskryminacja ze względu na blogowanie, czy moja bujna wyobraźnia? Nie wiem. I chyba nie chcę wiedzieć... Bo taka wiedza jeszcze by za mocno podkopała moją i tak już mocno nadszarpniętą wiarę w "wiecznie żywe" wartości...

Nic to, zjem sobie ciasteczko na pocieszenie :)  Dawka słodyczy na podły humor to zawsze skuteczne lekarstwo :)

Składniki na 1 blachę ciasteczek:
  • 1 opakowanie gotowego ciasta francuskiego
  • 1 słoik domowego dżemu z czarnej porzeczki - musi być gęsty, mięsisty, odparowany
  • 1 jajko - roztrzepane do posmarowania po wierzchu przed pieczeniem

środa, 20 kwietnia 2016

Pieczarkowe wpadki i wypadki oraz zapiekanka pieczarkowo-ziemniaczana

Wielkimi krokami nadchodzi Światowy Dzień Pieczarek - 22 kwietnia już blisko!


Jak wieść gminna niesie, genezą pieczarki był ból brzucha pewnej francuskiej księżniczki. Pewnego dnia, wracając w powozie przez las do dworu, dostrzegła przy drodze dorodne grzyby. Natychmiast kazała zatrzymać konie i zebrać przyuważony plon. Grzyby zostały jeszcze tego samego dnia przyrządzone na kolację. Efekt tego taki, że domownicy ciężko się struli zaserwowanym specjałem, bo księżniczce udało się znaleźć muchomory.

W głowach ogrodników zaczęło jednak powoli kiełkować pytanie – jak wyhodować jadalne grzyby w kontrolowanych warunkach i nie zdawać się na te dziko rosnące, nie zawsze korzystne dla zdrowego brzucha? Wersalscy ogrodnicy starali się uprawiać pieczarkę na wolnym powietrzu. Niestety bez powodzenia.
 
Tu historia pieczarki napotyka nagle kompletny zwrot akcji. Niejaki Chambry, chłop z miejscowości Passy (jesteśmy nadal we Francji, roku pańskiego 1811) odkrył pewnego dnia, iż obornik, który zrzucił do opuszczonych kamieniołomów, po kilku miesiącach zaowocował wspaniałą hodowlą grzybów. A wszystko to dzięki stałej temperaturze i wilgotności panującej w wydrążonych w skałach pieczarach.

Chłop natychmiast wyczuł nosem (nietrudne to było wśród tylu odchodów) złoty biznes! Napotkał tylko pewien trudny do rozwiązania problem - jak zintensyfikować produkcję i nadal utrzymać w ręku jej tajemnicę???

Z nieoczekiwaną pomocą przyszedł Napoleon, który w 1813 roku ogłosił mobilizację rekrutów. Sprytny Chambry natychmiast zaoferował schronienie i pożywienie uciekającym przed poborem młodzieńcom, zyskując w zamian tanią i dyskretną siłę roboczą.

Zazdrośni sąsiedzi szybko jednak przyuważyli, że Chambry, który jak dotąd nie miał oszałamiających sukcesów w eksperymentach hodowlanych, sprzedaje pieczarki całym rokiem, nawet w środku suchego lata. Jakoś tak mimochodem ogłoszono nagle dekret zakazujący eksploatacji starych kamieniołomów. Tajemnica wyszła na jaw!

Hodowlą pieczarek zaczęło raptownie zajmować się całe Passy. Miejscowość stała się szybko najważniejszym paryskim dostawcą tych grzybów. Z biegiem czasu hodowla zaczęła być popularna także w stolicy. Pieczarki, początkowo nazywane grzybami Passy zyskały miano Champignons de Paris – grzybami z Paryża. [źródło: kucharz.wieszjak.polki.pl]

Ale dość babrania się w historii okraszonej obornikiem! Czas na przepis z wykorzystaniem tego szlachetnego grzyba. Prezentuję prostą i szybką w przygotowaniu zapiekankę pieczarkowo-ziemniaczaną z sosem beszamelowym. Przepis bierze udział w akcji kulinarnej Pieczarkowy Tydzień 2016 na Durszlaku i Mikserze kulinarnym.


Składniki na 2 porcje - piekłam w 2 małych naczyniach do zapiekania:
ZAPIEKANKA
  • 3-4 ziemniaki
  • 200g świeżych pieczarek 
  • 1 pomidor 
  • sól, pieprz czarny, czosnek granulowany, ulubione zioła  - do smaku
SOS BESZAMELOWY:
  • 1  łyżka masła
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 1/2 szkl. mleka
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej - płaska
  • sól i pieprz czarny - do smaku

środa, 16 marca 2016

Spaghetti bolognese prawdziwego mężczyzny

Czyli obiad po męsku w 15 prostych krokach


1. Idź na łowy i upoluj mięso. W pobliskim sklepie oczywiście. Pół kilo wystarczy.

2. Znajdź w kuchni cebulę. Nie poddawaj się po pierwszym kwadransie szukania, szukaj do skutku! Albo zapytaj żonę, gdzie leży...

3. Cebulę posiekaj w kostkę. Spłacz się przy tym jak baba. Nie szkodzi. Łzy prawdziwego mężczyzny są bezcenne!

4. Znajdź w kuchni patelnię. Już wiesz, że masz się nie poddawać przy szukaniu. Tym razem nie pytaj żony, tylko z samozaparciem przekop wszystkie szafki i schowki, wywalając połowę ich zawartości na podłogę. Jest!

5. Na rozgrzaną patelnie wrzuć upolowane w sklepie i wyłuskane z opakowania mięso. Zmień patelnię na większą, bo mięso nie chce się zmieścić.

6. Smaż mieszając. Coś mało tego mięsa się zrobiło. Następnym razem czytaj etykiety podczas polowania, żeby więcej było samego mięsa niż tłuszczu. Nie szkodzi, im bardziej tłusty obiad, tym prawdziwy mężczyzna bardziej najedzony!

7. Dorzuć cebulę i dalej podsmażaj. Zapomnij mieszać. Nie szkodzi. Przypalona cebula prawdziwemu mężczyźnie też smakuje!

Halo halo, to nie koniec, resztę czytaj w rozwinięciu poniżej.

środa, 17 lutego 2016

4 kulinarne sposoby na pokonanie grypy


Czyli jak zwyciężyć wredne choróbsko i nie zmęczyć się w kuchni

Zaczyna się niewinnie. Od zwyczajnego jestem dziś zmęczona, zrobię to jutro, albo chyba zakręcę kaloryfery, bo strasznie dziś gorąco. 


Potem odkrycie że, mimo iż kaloryfer wyłączony, nadal jakoś tak grzeje, a na czole powoli pojawiają się niepozorne kropelki potu. 


Jak na złość zaczyna się wtedy psuć cała reszta. 

Katar przecieka przez nos, mutacja dopada gardło, a na dodatek z irytującą regularnością coś stuka w głowie. Rytmiczny ping-pong niemalże, żesz qrna!

Rozdrażnienie z każdą chwilą narasta. Symptomy się nawarstwiają. Pojawia się lekkie zaniepokojenie tym uprzykrzonym stanem bycia. 

Ale zaraz zaraz… Chyba się nie poddam? Czas pokonać te wredne choróbsko!

Oto moje 4 sprawdzone, kulinarne sposoby na uciążliwe przeziębienie i upierdliwą grypę.
 


1. Dieta STOP, czyli kochane słodkości witajcie!

Jest kilka dni w roku, kiedy terapia zaciskania pasa idzie w odstawkę. Święta? Też. 


Najważniejszym jednak okresem, kiedy różnego rodzaju łakocie wiodą prym w diecie codziennej, jest leczenie choroby. 

No przecież skądś się wzięła teoria, że zwiększona liczba endorfin wprowadza błogi nastrój, a dzięki temu przyspiesza leczenie. To co, czekoladkę?



2. Gotowanie przez telefon


Punkt drugi uzupełnia nieco wcześniejszą teorię. 


Co by tu dziś ugotować? Ale ale, przecież chora jestem! Pizza hawajska, a może cztery sery? Dawno nie jadłam kebaba. Nieee… Dziś mam ochotę na chińczyka. Mniam, mniam. 

Tylko jaki był numer do kucharza? Ok, już znalazłam. Chciałabym zamówić… Dowóz za pół godziny? Ok, jakoś dam radę...


 

3. Patent na „Kochanego”
 

Kochanie miałabym ochotę na takie ptysie z bitą śmietaną, wiesz, te z naszej cukierni. I do tego jakiegoś owocka w tym sklepie tuż za rogiem. A może jeszcze jakiś sok do picia? 

Wyszedłbyś i mi kupił? Plisssss... Jesteś moim autentycznym skarbem, prawdziwym bohaterem. 

A zrobiłbyś mi jeszcze gorącej herbatki z cytrynką? Dzięki, Kochany jesteś. Cmok.

 
Ostatni patent wydaje się najprostszy. Oto i on!

sobota, 16 stycznia 2016

PROSTE HISTORIE - Konkursowe kuchenne rewolucje na Łysej Górze

Czyli jak pewne trzy damy zupę w konkursie warzyły

Delikatnie prószył śnieg. Powietrze było przyjemnie rześkie od trzaskającego mrozu. 

Niebo nad Łysą Górą robiło się co raz bardziej zatłoczone. Co chwila z furkotem przelatywał ktoś na swojej turbo miotle lub dawno nietrzepanym dywanie. 

W powietrzu czuć było strzelające iskry. W ogóle atmosfera była jakoś wyjątkowo napięta.

Ktoś, kto z boku obserwowałby te wydarzenia stwierdziłby: Pewnie kolejny zlot jakichś miejscowych świrów! Ponowna PROSTA HISTORIA, którą lokalni dziennikarze określą mianem imprezy stulecia, a nagłówki będą z gazet krzyczały: 
IGLOTEX!... KONKURS!... RUSSELL HOBBS!...


Na samym szczycie, przy ogromnym kotle, krzątały się trzy nieco przykurczone postaci. Ich nakrycia głowy nie przypominały czapek kucharskich, a jednak odczuć można było, że tajemną magię kulinarną opanowały dogłębnie. 

- Ale się tego dziś zlazło! Wszak to chyba z tysiąc gęb do wyżywienia! - utyskiwała najmniejsza z nich.

- Hedwisiu, jakoś damy radę. Kilka magicznych sztuczek i zupa będzie wyśmienita! - zapewniała z przekonaniem druga, hipnotycznym wzrokiem mierząc gotowy do warzenia kocioł.


- Same zobaczycie, jeszcze będą chcieli dokładki! - nieprzerwanie prorokowała nadal pokaźna blondyna, zamaszystym ruchem przewiązując długie włosy zieloną frotką. 

- Magda, Ty i te Twoje rewolucje! - zrzędziła trzecia, pocierając ogromnego, swędzącego pypcia na nosie. 


- Którą dziś gotujemy? - przerwała dywagacje zniecierpliwionym głosem Hedwisia, patrząc swoim nieco przekrwionym okiem w kierunku kotła. 


- Może zieloną?... - zadumała się Gryzelda i jeszcze raz potarła uprzykrzonego pypcia.

- Niech będzie! – postanowiła Magda i zaczęła sprawdzać stan niezbędnych składników.


- Skrzydła nietoperza! 
 
- Są! - krzyknęły pomocnice.


- Świeżo wyciskany jad żmii! 

 
- Jest - przytaknęły zgodnie Hedwisia i Gryzelda.


- 10 soczystych ropuch!

- Obecne - z uśmiechem zadowolenia przytaknęła Hedwisia. To był jej przysmak!

- Języki jaszczurek!

- Mamy, mamy, mamy! - krzyknęły pozostałe niewiasty gromkim głosem.

- Bulion z zadków cielęcych!

- Tak, tak, tak! - znowu rozległo się chóralnie nad kotłem.

- Śmietana 30%!

- Co takiego?... - zająknęła się przestraszona Gryzelda.


Hedwisię nawet złapał chwilowy tik nerwowy. Jej czerwone oko wyglądało tak jakby miało zaraz wyskoczyć spłoszone z oczodołu. 


środa, 13 stycznia 2016

Czekolada, że Yapa opada... Pan Yapa oczywiście!

Terravita zawsze ze mną!

Dawno, dawno temu... gdzieś w zamierzchłej przeszłości... W krainie, w której Wanda nie chciała wyjść za Niemca, a potem tego gorzko żałowała. Gdzie smok owcami się obżerał pod pewnym zamkiem. A niejaki Twardowski z podejrzanymi typami wchodził w konszachty.

Zaraz, zaraz, ale chyba nie o tym miała być ta historia...

Na małym ekraniku Pat nie mógł dogadać się z Matem. Fasolki śpiewały z Zającem Poziomką. Co jakiś czas w odwiedziny wpadała Ciotka Klotka. A łysy facet w czarnym podartym wdzianku, stojący przy bulgoczącym kotle, powtarzał na okrągło, że nie cierpli pewnych niebieskich ludzików (jego kot z politowaniem dołączał: „Ja też, ja też!”).

No ale kiedy w końcu będzie mowa o czekoladzie? Albo czy w ogóle będzie...? Będzie! Bo w końcu pojawił się ON! 


Źródło: gazetaolsztynska.pl
Dziarskim krokiem wpadł na scenę. Czapkę z daszkiem, zakrywającą modną fryzurę, opuścił uwodzicielsko na oczy. Pod marynarką w trzy paski kipiało wysportowane ciało. I do tego ten uśmiech! I ten głos! Można było się rozpuścić z wrażenia, jak czekolada zbyt długo trzymana w dłoniach w upalne, letnie dni.

Nie będę gołosłowna. Popatrzcie i powiedzcie czyż nie mam racji?!


 

Nie mam? No dobra niech będzie. 

Ale jednego jestem pewna! Może gotować nie umiał, gust do ciuchów miał z lekka kontrowersyjny, no i zdecydowanie dopadła go „zemsta fryzjera”, ale za to na czekoladach znał się wyśmienicie!

Zresztą spróbujcie sami. Jestem pewna, że zgodzicie się ze mną, że w tym przypadku „Nie ma lipy”! 


Od najmłodszych lat Terravita zawsze ze mną! Rekomendacjom Pana Yapy przysłuchiwałam się wtedy gorliwie i stosuję się do nich do teraz. Jestem pewna, że gdyby Pan Yapa posmakował dziś Pełnej gorzkiej, 70% cacao, nadal śpiewałby z przekonaniem: 

Oto przepis jest bajkowy
Terravita! Terravita!
Pyszne mleko z polskiej krowy
Terravita! Terravita!
Kiedy dodasz doń kakao, czekoladę masz wspaniałą
Terravita! Terravita!
Czekolada znakomita! Czekolada wyśmienita!
Terravita! Terravita!

Źródło: www.poradnikhandlowca.com.pl

zBLOGowani.pl

środa, 16 grudnia 2015

Kuchnia polska 007

Czyli jak James Bond degustował polskie wiktuały i nie tylko...

Zupa bouilabasse, bulion potasowy, orzechowa mielonka, sola z rusztu, jajka en cocotte, rostbef na zimno z kartoflaną sałatką, jajecznica z bekonem, turbot poche, sauce mousseline, zwyczajne kanapki z angielską marmoladą czy wreszcie sławne ośmiorniczki w plasterkach na wzgórku ryżu.

STOP już nie mogę! Od tych międzynarodowych potraw aż w głowie się kręci.



- "Dajcie może coś polskiego!" - zdecydował James Bond, a kelner aż wytrzeszczył oczy z niedowierzania.
- "Polskiego?..."
- "Tak!"
- "Ale my…" - zająknął się z wrażenia kelner.
- "Przecież nie będę wiecznie czekał! I dwa razy Martini wstrząśnięte, nie zmieszane do popicia" - pieklił się Bond.
 

Miało być 12 staropolskim zwyczajem ale stanęło na 7... 007...

Źródło: www.deviantart.com
Źródło: kulinarni.tvn.pl


1). Babka ziemniaczana

Przaśna, jędrna i nad wyraz zdrowa. Wychowana na Podlasiu. Blondyna o ziemniaczanej cerze i urzekającym spojrzeniu. I do tego mająca smakowite boczki. Ech, bon apetit!


Źródło: www.smakizpolski.com.pl
2). Kaszanka  

Do Polski trafiła podobno w XVII wieku. Imigrantka o ciemniejszej karnacji, prawdopodobnie pochodząca z Niemiec. Niejaki Jan Chryzostom Pasem mówił, że widział ją w Dani ale jak tu wierzyć nałogowemu ściemniaczowi. 

W niektórych kręgach zwana nie wiadomo czemu Cash Anka. Niebywale ostry gracz i wymagający przeciwnik dla 007. Chodziły słuchy, że w jej towarzystwie krew leje się dużymi strumieniami ale pewnie to tylko bujdy.
Źródło: www.potrawyregionalne.pl




3). Ruchanki ze śmietaną 

Nie ma jak leżenie plackiem pod biała pierzyną. No dobra z tym leżeniem trochę przesadziłem. I do tego czuć ten ciepły mączny smak rozpływający się w ustach. Ciiiiii!!! Dajcie się podelektować!


Źródło: gotujmy.pl


4). Flaki z klopsem

Cóż, robota nie wybiera. Chłopaki ze stolicy będę mili niezły rosół z wkładką. Ups, chciałem powiedzieć niezły klops. A może i to i to...

 



Źródło: www.youtube.pl
5). Kremówka

Po robocie czas na wypoczynek. Odrobina słodyczy na nieco skołatane nerwy.
- "Kremówka?"- zająknął kelner
- "Ok, Please."


Wow ale słodziak.
- "Cześć, jestem z Wadowic." - zatrzepotała rzęsami.
- "Miło mi Cię poznać piękna" -odpowiedział zadowolony Bond 


Źródło: kulinarni.tvn.pl


6). Bigos myśliwski z dziczyzny

Znowu... Mięso i jeszcze raz mięso. Tym razem jednak żadnych lotów z dużych wysokości. Trochę mięsa dzika, odrobina jelenia i przypadkowej sarniny. A wszystko w dużej ilości „kapusty”.

- "Firma płaci dobrze ale dodatkowym zastrzykiem finansowym nie pogardzę " - skomentował 007.


Źródło: barmleczny.bydgoszcz.pl


7). Leniwe

Misja zakończona sukcesem. 


- "Wódka czysta dla Pana."
- "Zamawiałem co innego!!! Ale dobra …niech będzie. W końcu czas poznać lepiej ten piękny kraj. Odrobina lenistwa nie zaszkodzi...."

Wersja do druku

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...